|

Maine
Coon - największy wśród kotów domowych,
groźnie wyglądający jest równocześnie
łagodnym, zrównoważonym stworzeniem o sowim
spojrzeniu. Ma łagodny temperament,
uczuciową naturę, jest spokojny i
inteligentny.
Swoim
zachowaniem przypomina psa. Zawsze z
właścicielem, bez względu na to czy jest to
kuchnia, łazienka, łóżko czy fotel. Jest
wspaniałym, miłym towarzyszem, niezwykle
cierpliwym i oddanym.
Koty
tej rasy są doskonałymi łowcami, nie
przepuszczą żadnemu komarowi, myszy czy
chmarze ptaków. Aby upolować zdobycz nie
wahają się wejść do wody.
Odgłosy
jakie wydają są zdumiewające, ich
różnorodność i nasilenie zadziwiają każdego
i są niezmiennie zabawne. Koty Maine Coon
mówią do swoich właścicieli i za to oraz za
swoją wyjątkowość są kochane
Moja przygoda z kotami rasy Maine Coon
zaczęła się zaiste zabawnie. Kilka lat temu
nawet nie myślałam o posiadaniu
kota…jakiegokolwiek. Należałam do tej grupy
ludzi, którzy kochają koty tylko jeszcze o
tym nie wiedzą. Ja kochałam psy, za ich
wierność, bezgraniczne posłuszeństwo,
absolutne zapatrzenie w człowieka i ogromną
miłość jaką obdarzają ludzi. Wtedy
postrzegałam koty jako niepokorne, krnąbrne
aczkolwiek piękne i tajemnicze stworzenia z
objawami autyzmu. Wszystko zmieniło się
pewnego wrześniowego dnia na wrocławskiej
wystawie kotów.
Była sobota , padał deszcz, dzień był nieszczególny. Wchodząc na wystawę
czuło się zapach mokrej odzieży zmieszany z
wszechobecną wonią pudru. Wrażenie było
piorunujące i przytłaczające zarazem.
Wszędzie tłum ludzi posuwających się
wolniutko w „ogonku” wzdłuż klatek. Znużone
koty polegiwały za firanami nie zwracając
uwagi na ludzi, były nieobecne. Tylko kocie
dzieci szalały za piórkiem lub piłeczką na
gumce demonstrując swoją gibkość, skoczność,
koordynację, grację i refleks.
Omijając kolejkę oglądających, bardziej z
ciekawości niż z potrzeby serca, zbierałam
wizytówki leżące na klatkach. Koty
półdługowłose były piękne i fascynujące…i
tylko tyle.
Tu dochodzimy do zdarzeń, które, choć brzmi
to banalnie i patetycznie zarazem, zmieniły
moje życie.
Moja koleżanka Ula wraz z moją córką Aliną zachwycały się wszystkimi
kotami wystawy, każdy był cudny. Nasze
„zwiedzanie” dobiegało końca, od wyjścia
dzieliło nas jeszcze kilka klatek. Na jednej
z nich leżał przepiękny kot. Pozycja sfinksa
i nieobecny wzrok czyniły z niego rzeźbę.
Tym kotem był Esus, nie do kupienia, ze
względu na cenę.
I ja i moja koleżanka Ula należymy do osób
szybko nawiązujących kontakty.
Niezobowiązująca rozmowa z hodowczynią,
bardziej z ciekawości niż potrzeby kupienia
kota, przybrała nieoczekiwany obrót.
Obejrzałyśmy brykające w klatce rodzeństwo
Esusa i po zadaniu kilkunastu pytań stało
się. Ula wyciągnęła pieniądze i
…zadatkowałyśmy kocurka. Był to brat Eska –
Elber. Od tego momentu nic już nie było tak
jak dawniej.
Elbera miałam odebrać następnego dnia. Jadąc tramwajem do domu zaczęłam
się zastanawiać co ja takiego zrobiłam.
Byłam przerażona własną lekkomyślnością i
ewentualnymi konsekwencjami, nigdy przecież
nie miałam kota. Moje dziecko szalało z
radości, powtarzało jak mantrę: „będziemy
mieli kotka, będziemy mieli kotka”. Tylko
Ula patrzyła na nas z lekkim uśmiechem. „To
wszystko przez nią”- myślałam. „Obie stare i
durne ale to ja kupiłam kotka” …….za co
teraz jestem Jej bardzo wdzięczna. Ula,
DZIĘKUJĘ !!
|