Z PAMIĘTNIKA HRABIEGO HORUSA
Taka piękna wiosenna
sobota, cudowna ciepła, słoneczna pogoda...... To było straszne! Tej właśnie
soboty przybyło do mojego domu dwoje obcych dwunożnych. Mówili w jakimś dziwnym
języku. Strasznie się ich bałem, uciekłem pod łóżko, potem schowałem się za
szafką. Rita, moja dwunożna, którą bardzo kocham, już wcześniej wspominała mi o
nowej mamie, ale nie chciałem wierzyć. Mówiła, że będę z nią mieszkał w innym
domu, innym kraju, z innym kotem. Byłem przerażony. Rankiem następnego dnia, gdy
już miałem nadzieję, że uda mi się zostać w Tappernoje, Rita osobiście zaniosła
mnie do samochodu. Czule mnie pożegnała, posadziła na kolanach obcej i odeszła
ze smutną miną. Było mi gorąco ze strachu, słońce świeciło w oczy, miałem katar
i ciągle kichałem a dwunożna wycierała mi nos. Nie jechaliśmy długo. Gdy
dwunożny zatrzymał samochód przesiadłem się do transportera, ale to nie było
moje miejsce, obco pachniało, jednak nie było złe. Położyłem się w
środku i nagle
zaczęliśmy wjeżdżać do wnętrza czegoś ogromnego i przerażająco czarnego. To był
prom. Zostałem sam w samochodzie w zamkniętym transporterze. Tylko ja wiem jak
się bałem.
Potem było już tylko gorzej. Bardzo długo jechaliśmy a ja czułem się fatalnie.
Męczył mnie katar i słońce, nie wiedziałem dokąd jadę..... Wieczorem
przyjechaliśmy do lekarza, wyglądał podobnie do tego, który odwiedzał mój dom,
ale inaczej pachniał. Strasznie się go bałem, nogi trzęsły się same, chciałem
krzyczeć ale nie mogłem. Próbowałem się nawet wyrwać i raz mi się udało....
Umierałem........ze strachu. Uspokoiłem się dopiero w objęciach dwunożnej.
Już myślałem, że nic gorszego nie może się zdarzyć, ale to nie koniec
Przyjechałem do obcego domu. Gdy weszliśmy napotkałem wlepione we mnie dwie pary
oczu, jedne były psie - zaciekawione i radosne, drugie były kocie - zaciekawione
i obrażone.
Co mnie jeszcze czeka tego nie wiem, ale boję się coraz mniej.
Marzec 2003
po tygodniu
Moi dwunożni chyba mnie kochają ale trzy razy dziennie zachowują się jak pluton
egzekucyjny i tak już od tygodnia. Najpierw wchodzą do pokoju, w którym
mieszkam, dla zmylenia bawią się ze mną do utraty tchu a potem łapią mnie,
sadzają na kolanach i zaczyna się ... Smarują mi nos i oczy jakimś śmierdzącym
mazidłem i jeszcze twierdzą, że to dla mojego dobra. Oni są okrutni, widzą
przecież jak walczę, jak się miotam żeby uniknąć tych praktyk. To
nieprawdopodobne, że tyle razy daję się nabrać. Kilka razy siedząc u dwunożnych
na rękach poznawałem z daleka mieszkańców mojego nowego domu. Pies jest ogromny
i straszny, ciągle macha ogonem, chyba mnie nie lubi. Swoim wielkim czarnym
nochalem maca powietrze niebezpiecznie blisko. Postraszyłem go trochę, na tyle
na ile starczyło mi odwagi. Kocur obserwuje mnie w skupieniu, jest przerażająco
spokojny. Patrzy i milczy, trochę się go boję. Na wszelki wypadek na niego też
naprychałem, nie zareagował...
Marzec 2003
Moi dwunożni są coraz
bardziej zdziwieni. Nie przypuszczali chyba, naiwni, że zawsze będę taki
spokojny i potulny. Biegam po całym mieszkaniu, czasem w przelocie nasyczę na
psa, który jest nadal zupełnie obojętny, czasem zaczepię starego Elbera...Przez
szybę oglądam małe żółtobrzuche ptaki siedzące przy karmniku i marzę o
polowaniu. Coś wisi w powietrzu, dwunożni mówią, że to wiosna. Cokolwiek to
znaczy będzie to pierwsza wiosna w moim życiu. Szaleję do utraty tchu, jem i
śpię. Życie jest piękne !!!
Kwiecień 2003
Księciunio się rozchorował! Chodzi strasznie przygnębiony, moje zaczepki go
drażnią, moje zabawy go nie wzruszają, przesiaduje na kolanach dwunożnej.
Prawdziwe nieszczęście. Z kim mam się bawić?! Szaleństwa w samotności zupełnie
mnie nie cieszą. Ciekawe kiedy mu przejdzie... Teraz obaj jeździmy do Szamana,
jak nazywa go Elber, obaj dostajemy zastrzyki. W towarzystwie zawsze przyjemniej
choć te wizyty do przyjemnych nie należą. Dwunożna jest zmartwiona, co chwilę
nas ogląda, bacznie obserwuje, bierze na ręce i
przytula. A gdzie czas
na zabawę? Kiedy mam nabroić? Mam nadzieję, że stary Elber szybko wróci do formy
bo strasznie mi się nudzi.
Maj 2003
Wykrakałem!!! Elber wrócił do zdrowia. Objawia się to w przykry dla mnie sposób
otóż ten barbarzyńca ściga mnie po całym mieszkaniu a kiedy złapie - usiłuje.
pożreć. Najbardziej lubi moją szyję, nie pogardzi też brzuchem i łapami. To
podstępny tyran! Czasem udaje przyjaźń, liże mnie po głowie, śpi tuż obok, żeby
za chwilę dopaść mnie w drodze do kuwety i zgnębić z kretesem. Niech tylko
urosnę... Na razie wyścig do najwyższej półki na balkonie najczęściej
przegrywam. Mimo wszystko lubię Księciunia choć na wzajemność na razie nie
liczę.
Czerwiec 2003
Pierwszy
raz przeżywam coś takiego! Powietrze wypełniło się zapachami, których do tej
pory nigdy nie czułem. Nie znam żadnej z tych woni a są tak przejmujące, że
wdzierają się do mojej głowy. Leżę na balkonie i oddycham, oddycham, wącham...
Najpiękniejsze i najmocniejsze krążą późnym wieczorem gdy jest
cicho, ciemno i ciepło – sama rozkosz, nie ma nic piękniejszego na
świecie. Rankiem gdy powietrze jest jeszcze chłodne i rześkie zapach trudno
uchwycić ale wtedy właśnie wylegiwanie się na półkach jest
prawdziwą frajdą. Im później tym gorzej, każda minuta przynosi cieplejsze
podmuchy aż upał staje się nieznośny i trzeba uciekać. Czekając na ukochane
wieczorne chwile kręcę się po mieszkaniu szukając chłodu. Jest obrzydliwie
gorąco i lepko, zabawa nie wchodzi w rachubę, trzeba to przeczekać to znaczy
przespać. Stary Elber też obrał tę taktykę.
Od kilku
dni dwunożna mimo upałów szaleje, biega po pokojach z dziwnym urządzeniem.
Księciunio mówi ,że jest to aparat fotograficzny. Cokolwiek ma to oznaczać, nie
zmienia faktu, że obaj z Elberem jesteśmy ścigani przez dwunożną. Jeśli tylko
uda nam się na chwilę usiąść ona natychmiast się pojawia i mierzy do nas z tego
właśnie aparatu. Nie jest to bolesne więc nie mam pojęcia dlaczego tak
zirytowany jest Elber. Wyraźnie unika dwunożnej i
ostentacyjnie wychodzi (częściej wybiega). O ile dobrze pamiętam Rita robiła coś
podobnego, nie było to przykre dlatego wykazuję dużo więcej cierpliwości.
Dwunożna jest zachwycona. Nie wiem po co to wszystko ale nie protestuję.
kilka
dni później
Czy ja
tak wyglądam?! Widziałem efekty polowania dwunożnej! To zadziwiające zobaczyć
siebie. Nie wierzę, że to jestem ja...
Lipiec 2003
Dwunożna
jest wspaniała! Nareszcie będę miał towarzystwo, nie mogę się już doczekać!
Ale
po kolei. Do domu wprowadziła się mała kotka, jest trochę dziwna, jakby brudna,
u Rity takiej nie było. Jest wesoła, cały dzień bawi się z małą
dwunożną, słychać jak biega za myszką. W końcu jakieś żywe i radosne stworzenie,
nie jak stary Elber – kochany ale nieruchomy jak głaz. Ma na imię Queen. Mam
nadzieję, że nie będzie zadzierała nosa, udawała królowej i pobawi się ze mną.
kilka
dni później
Kogo
dwunożna sprowadziła do domu?! Queene miała być taka fajna!
Nie
znoszę jej choć próbuję się z nią oswoić. Jest okropna, wszędzie wejdzie, psa
się nie boi, Elbera się nie boi, mnie nie dostrzega...
Chciałem
się z nią pobawić a ta mała, wredna, brzydka istota próbuje spuścić mi lanie! I
za co?!
To mi się
kategorycznie nie podoba!
Lipiec 2003
Nareszcie
chłodniej!!!
Skwar
panujący przez ostatnie tygodnie był nie do zniesienia. Elber znieruchomiał na
dobre, poruszał się tylko w drodze do miski, Queene podejmowała próby zabawy ale
rezygnowała po krótkiej chwili. Ja walczyłem z upałem leżąc jak kłoda na
betonowej posadzce balkonu.
Powietrze
było gorące, ciężkie i wilgotne – to nie są warunki sprzyjające odpoczynkowi,
one zagrażają życiu!
Od rana
jednak humor mnie nie opuszcza, granatowe niebo, wiatr, ani promyka słońca,
jakaż to ulga i radość! I ten deszcz!!! Nareszcie mogę oddychać, chodzić, a
nawet biegać. Te pościgi (za Queene) i ucieczki (przed Elberem) zaraz po
śniadaniu, te zabawy z myszką lub piórkiem....przyjemne
to chwile.
Sierpień 2003
To były
zdecydowanie najgorsze dni w moim życiu!!!
Nie
zostałem wprawdzie wyprany ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Do tej pory nie mogłem
zrozumieć irytacji i rozpaczy Elbera gdy dowiadywał się o następnej wystawie.
Tak naprawdę słowo „wystawa” było dla mnie tajemnicą...Dałbym wiele aby tak
pozostało.
Pewnego
wieczoru dwunożna zapakowała nas wszystkich do transporterów. Było to podejrzane
bo nigdy nie podróżowaliśmy w trójkę ale nie wiedziałem co się święci.
Upalny
dzień miał się ku końcowi gdy zostaliśmy wtłoczeni do dusznego samochodu wraz z
furą innych rzeczy. Jazda była długa, prawie tak długa jak moja podróż do nowego
domu. Przespałem całą drogę tak jak Queene. Od czasu do czasu budząc się
słyszałem tylko ciężko dyszącego Elbera. Musiało mu być strasznie gorąco ale nie
ma co się dziwić przy takiej masie ciała i takim futrze.
Na
miejsce dojechaliśmy nocą. Lepkie powietrze nie pozwalało swobodnie oddychać.
Jakby tego było mało znaleźliśmy się w obcym pokoju, w którym panował
nieprzyjemny zapach wilgoci. Byłem niespokojny ale Elber i Queene
nie martwili się szczególnie więc i ja powoli oswajałem się z miejscem i
sytuacją.
Katastrofa nastąpiła rano gdy wraz z Elberem dojechaliśmy na teren wystawy.
Ścisk,
hałas, obce zapachy, nieznane koty, setki kotów, wszystkie jak my – w klatkach,
szum, muzyka, tysiące dwunożnych zaglądających mi w oczy, szczerzących zęby, ich
wielkie głowy, głosy. Świat drgał i wirował, było mi duszno, gorąco,
przeraźliwie straszno, a obok mnie spał spokojny, rozluźniony księciuniu....
Wbity w
kąt czekałem na swój koniec, trząsłem się ze strachu a wraz ze mną cała klatka.
Dwunożna
zabrała Elbera, byłem przerażony i smutny, czas płynął wolniutko, czekałem...
Wreszcie
staruszek powrócił, wyglądał nienajlepiej, był wściekły, miał zmierzwione futro
ale i tak byłem szczęśliwy. Na krótko...
Przyszła
moja kolej... Na rękach dwunożnej wśród tłumu gapiów, mijając inne koty, jakich
jeszcze do tej pory nigdy nie oglądałem, dotarłem na stół. Dwie dwunożne o
zupełnie różnych twarzach rozpoczęły oględziny. Jedna uśmiechnięta i życzliwa,
druga zacięta i sroga. Było mi wszystko jedno, obu bałem się okrutnie. Macanie,
ściskanie głowy, wyrywanie ogona, rozciąganie do bólu w kręgosłupie nie miało
końca...
Tego było
dla mnie za wiele, nic więcej nie pamiętam, przytulony do dwunożnej jakoś
dotarłem do klatki, która nagle okazała się być azylem. Nie na długo...
ciekawskie oczy, wpychane między pręty palce, wszelkie „kiciania” i mlaskanie
ponownie wprawiły mnie w drżenie. Dwunożna zlitowała się nade mną i włożyła mnie
czyli cień kota do transportera stojącego pod klatką. Wtedy dopiero ogarnął mnie
spokój, zasnąłem. Obudziłem się dopiero w pokoju, który nagle bardzo polubiłem.
Drugi
dzień był bardzo podobny do pierwszego. Ocena przeciągała się w nieskończoność,
zapakowany do pustej klatki czekałem na coś co okazało się porównaniem. Wraz z
innymi kotami podobnymi do mnie, rozciągnięty jak guma dwukrotnie poddany
zostałem oględzinom. Po całym tym haniebnym widowisku wróciłem do Elbera.....
Jeszcze
dwa dni spędziliśmy w tym obcym i dziwnym miejscu, którego nigdy nie zapomnę.
Powrót do domu był najszczęśliwszą chwilą jaką przeżyłem.
Nie chcę
pamiętać tego co się zdarzyło, obezwładniającego strachu, bezsilności i
wrażenia, że to już koniec.....
Sierpień 2003
Strachu
ciąg dalszy...
Byłem taki szczęśliwy myśląc, że już nic złego mnie nie spotka. Okazało się
jednak, że stres wystawowy wpędził mnie w następną chorobę. Już na wystawie
jedna z dwunożnych zwróciła uwagę na moje dziąsła. Były zaczerwienione, nie wiem
nawet czy mnie bolały, tak strasznie się bałem. Mogłem jeść i pić więc nie
zwróciłem na to uwagi (dwunożni w białych fartuchach także nie). Nie martwiłem
się szczególnie choć moja dwunożna szalała – smarowała dziąsła
trzy razy dziennie paskudztwem, które nie chciało się
rozprowadzać.
Po
powrocie do domu dwunożna zawlokła mnie do Szamana, ten obejrzał mnie dokładnie
i polecił wykonanie testów. Wszystko co słyszałem brzmiało magicznie, nic nie
rozumiałem i byłem bardzo zdziwiony widząc przerażenie w oczach dwunożnej.
Szaman
wbił mi w łapę igłę i nagle zobaczyłem wypływającą ze mnie stróżkę krwi. Nie
mogłem na to patrzeć, schowałem głowę w ręce dwunożnej, zamknąłem oczy i
czekałem.
Nie było
to bolesne ale widok własnej krwi nie był przyjemny. Z łapą cuchnącą jakimś
obrzydlistwem już w transporterze czekałem na ciąg dalszy. Dwunożna milczała...
Szaman
włożył moją krew do czegoś co zaczęło wirować, nic się nie działo – usnąłem.
Obudziłem
się gdy dwunożna brała od Szamana mały pojemniczek z różowym płynem, później
dowiedziałem się, że jest to osocze przeznaczone do badania.
W domu,
nie wiem dlaczego, zostałem oddzielony od Elbera i Queene. Osobny, zamknięty
pokój to była kara, nawet nie wiedziałem za co. Potem okazało się, że to
ostrożny Szaman kazał mnie odizolować. Całą noc spędziłem samotnie, było mi źle
i smutno.
Rano
dwunożna zabrała z lodówki pojemniczek i dokądś pojechała wraz z dwunożnym.
Wróciła zapłakana, nie wiedziałem co się stało, chodziła smutna do południa.
Podejrzewałem, że chodzi o mnie i moje dziąsła ale pewności nabrałem słysząc jej
rozmowę przez telefon.
Okazało
się, że mogę być zakażony jednym z trzech śmiertelnych wirusów: wirusem kociej
białaczki – FeLV, wirusem kociego zespołu nabytego braku odporności –
FIV lub wirusem zakaźnego zapalenia otrzewnej – FIP. Wtedy dopiero
poczułem się chory, zrozumiałem dlaczego jestem sam i jakie zagrożenie mogę
stwarzać, strasznie się bałem.
Czułem,
że to niemożliwe ale sprawa była poważna a dwunożna płakała...
Każdy z
tych wirusów wcześniej czy później powoduje śmierć, nie chciałem umierać.
Słuchałem
szczegółów na temat każdego z nich.
FeLV
obniża odporność pozwalając różnym zazwyczaj niegroźnym świństwom atakować
organizm i powodować najróżniejsze choroby z nowotworami włącznie. Na szczęście
istnieje szczepionka przeciw temu wirusowi.
FIV działa podobnie do
FeLV. Niestety nie istnieje szczepionka ani lek na tę chorobę (to odpowiednik
ludzkiego AIDS).
FIP
jest najgorszy – to choroba kameleon, objawia się w bardzo różny sposób.
Istnieje dostępna szczepionka ale zdania dwunożnych w białych fartuchach na jej
temat są podzielone http://www.vetserwis.pl .
Strasznie
się bałem, że nigdy już nie pobawię się z Queene, nigdy nie zmierzę swoich sił z
Elberem i będę musiał opuścić mój dom oraz dwunożnych.
Jakaż
była moja radość, ba euforia, gdy zadzwonił dwunożny i podał wyniki testów!!!
Wszystkie
były ujemne!!!
Dwunożna
znowu płakała ale tym razem ze szczęścia, gdybym umiał płakać mógłbym jej
potowarzyszyć, mogłem tylko głośno mruczeć. Wypuszczony z pokoju nie posiadałem
się z radości. Znowu mogłem bawić się z królową i księciuniem. Życie jest piękne
i tak niewiele potrzeba by je stracić. Będąc zakażonym, nawet gdy się je zachowa
na jakiś czas – radość umiera. Mam ogromnie dużo szczęścia ... .Teraz nawet
smarowanie dziąseł wcale mi nie przeszkadza, gryzę wszystko co popadnie od
drewienek do metalowych kluczy. Jak sądzę smarowanie jeszcze potrwa.
Październik 2003
To jakiś
obłęd !!! Co ja przeżyłem ?!
Pierwszy
raz w życiu spotkało mnie takie nieszczęście, taka przykrość ze strony dwunożnej
!
Oglądałem
już wściekłego Elbera kiedy oboje dwunożni próbowali go utopić ale myślałem, że
mnie to nigdy nie spotka. To było zwykłe znęcanie się nade mną.
Dwunożna
wsadziła mnie do wanny i puściła wodę, serce stanęło mi ze strachu, hałas, który
wytwarza spadająca woda jest nie do zniesienia. To jednak dopiero początek
koszmaru !
Dwunożna
zmoczyła moje futro i zaczęła wcierać w nie jakieś świństwo, jedno potem
drugie... Spłukała to wszystko strumieniem i zaczęła nakładać następny środek –
wybielający !!! Mogła od razu zanurzyć mnie w tych śmierdzących chemikaliach do
mycia łazienki, byłoby szybciej, umarłbym od razu, po co te męczarnie. Nasiąkłem
jak gąbka, ważyłem z wodą w futrze drugie tyle !
Dwunożna
wytarła mnie pięcioma ręcznikami ale ja dalej byłem mokry. Zacząłem się
wylizywać co chyba jej nie odpowiadało bo przyniosła jakąś hałasującą maszynę i
zaczęła mnie nią straszyć. Ten warczący potwór wypuszczał z siebie ciepłe
powietrze, to było przerażające. Musiałem mieć straszną minę bo dwunożna
zaniechała tych praktyk i w ramach suszenia przyjęła opcję zabawy. To była
dużo lepsza wersja wydarzeń...
Faktycznie szaro-żółte futro znowu było śnieżno białe ale po co tyle hałasu o
jakiś nieważny kolor.
Elber i
Queene obserwowali wszystko bardzo uważnie choć z różnych miejsc. Księciunio
leżał pod akwarium wbity w najdalszy kąt, absolutnie nie do wydobycia. Mała na
środku dywanu, ufna, że nic jej nie grozi – odważna bestia (do czasu !). Ją też
kiedyś spotka ta niesłychana łazienkowa przykrość...
Dwunożna
jest doprawdy dziwna, w ramach miłości do nas czworonożnych robi tyle
nieprzemyślanych i okrutnych rzeczy.
Zadziwiające...
Październik 2003
Zaczęło
się !
Wraz z
Elberem odbyłem podróż do Ostravy na wystawę. Zrozumiałem to o czym Elber już
wiedział – kąpiel zawsze oznacza wyjazd.
W pamięci
mam ciągle swoją pierwszą wystawę w Sopocie i strach z nią związany.
Doświadczenie zostawiające ślad na resztę życia...
W
ogromnej hali było przyjemnie ciepło, nieznaczny szum i niewiele obcych
dwunożnych. Taki obraz mam w pamięci ale czy jest on prawdziwy trudno ocenić.
Dwunożna w orzydliwie wyglądającej klatce zrobiła nam całkiem przyjemne posłanie
odgradzając nas od oczu ciekawskich zasłonkami. To miejsce właściwie było tylko
moje ponieważ Elber nie przejawiał chęci ukrywania się. Wszystko przebiegało
dobrze do momentu gdy dwunożna wyrwała mnie ze snu, wyjęła z klatki i posadziła
na kolanach. Azyl znalazłem po jej kamizelką, nie chciałem nic wiedzieć, niczego
widzieć, było mi obojętne, że druga dwunożna szarpie mój ogon.
Najgorzej
było na stole u dwunożnego, nigdzie drogi ucieczki, totalny brak kryjówek i te
wstrętne łapska obmacujące mnie wszędzie ! Na szczęście trwało to dużo krócej
niż poprzednim razem i mogłem bez problemu wrócić do klatki. Do tej pory
nie pojmuję jednak dlaczego niosła mnie zupełnie inna, nie moja dwunożna ?
No cóż,
było okropnie ale nie tak tragicznie jak latem. Mam cichą nadzieję, że to nie
będzie się powtarzać zbyt często. Elber się śmieje i wspomina coś o złudzeniach.
Nic z tego nie rozumiem...
Listopad 2003
W domu
awantura! Czegoś takiego jeszcze nie było. Elber dybie na niewinność Queene.
Mnie oczywiście dwunożna także podejrzewa i pilnuje nieustannie lecz ja tylko
bawię się z tą szaloną dziewczyną. A im ona jest bardziej szalona tym zabawa
bardziej zwariowana! Nasze codzienne galopady i kotłowanie były radosne i
urocze. Były bo wmieszał się w nie staruszek Elber. Dopóki leżał i obserwował -
wszystko przebiegało świetnie, teraz jednak on także zapragnął wziąć udział w
zabawie ale na jego zasadach. Na moje nieszczęście jego reguły gry nie są już
niewinne i dwunożna bardzo się irytuje. Najbardziej - widząc Księciunia
siedzącego na Qeueene. Jeszcze bardziej wścieka się sama zainteresowana. Jeśli
tylko może leje Elbera gdzie popadnie, nie oszczędza go wcale. Teraz role się
zamieniły i to ja jestem obserwatorem a Elber niezwykle wytrwałym uczestnikiem
gry. Ogromna determinacja i upór wyjdą mu na dobre. Schudnie!!! Walka trwa,
ofiar na szczęście nie ma. Jeśli dwunożna się zagapi może być nas więcej...o
zgrozo.
Listopad 2003
Zgodnie z
przewidywaniami Elbera odbyliśmy podróż do Poznania. Oczywiście na
wystawę...Wielka hala, lekki chłodek, niewielki hałas, względnie mały tłumek
dwunożnych... nie było tragicznie, choć tych chwil z pewnością nie zaliczę do
miłych.
Trochę
słabo zrobiło mi się na widok pewnej dwunożnej. Wspomnienia z Sopotu ożyły i
ruszyły do ataku. Pomyślałem, że umrę jeśli znowu będzie mnie oglądać całą
wieczność. Tym razem była sama i poszło to całkiem sprawnie. Czekało mnie
jeszcze jakieś śmieszne porównanie i po krzyku. Reszta wystawy umknęła moim
zmysłom, ponieważ skutecznie ukryłem się w domku (moja dwunożna miewa czasem
dobre pomysły). W środku było bardzo przytulnie dopóki Elber nie spróbował
wprowadzić tam swojego wielkiego cielska. Ponieważ nie było takiej siły, która
mogłaby mnie stamtąd wyrzucić a domek ma określoną pojemność, Ksieciunio szybko
ocenił sytuację i dał mi spokój. Swoją złość wyładował na obcym dwunożnym, który
próbował go sfotografować. To była bardzo szybka i ładna akcja ale mało
skuteczna...na szczęście. No cóż młodość już nie wróci i z tą myślą Elber będzie
musiał się pogodzić.
Styczeń 2004
Początek roku zaczął się fatalnie, dwunożna
zabrała Queene i mnie na koci spęd do Ostravy.
Nie przeszkadzało jej wcale, że wyjazd nie
jest dla nas żadną atrakcją ani tym bardziej
przyjemnością. Dwunożna wykazała się niezwykłą
inteligencją zabierając na wystawę dwie budki.
Mniejsza przeznaczona była dla Queene a
większa dla mnie. O tym jak fatalnie się
czułem może świadczyć fakt, że brak miejsca w
małym domku zupełnie nie miał dla mnie
znaczenia.Dwa okropne dni spędziłem wbity w
najdalszy kąt mojego małego schronienia. Od
czasu do czasu dwunożna fundowała mi chwile
przerażenia i wyjmowała mnie z klatki. To był
koszmar....strach ściskał mi gardło, nie
mogłem wydać dźwięku a wokoło tłum obcych.
Trząsłem się jak osika lecz nikogo to nie
obchodziło a już najmniej moich dwunożnych.
Nie chcę nawet wspominać co się wtedy ze mną
działo.

Luty
2004
Jest
co raz gorzej! Księciunio wyżywa się
na mnie okrutnie zwłaszcza późną nocą gdy
dwunożni twardo śpią. Ostatnio, używając
języka z gadającego pudła, jego ataki na
mnie bardzo się nasiliły. Nie do końca wiem
czym to jest spowodowane. Mam niejasne wrażenie,
że chodzi o Queene. Może ten stary pryk jest
zazdrosny o nasze codzienne gonitwy i zabawy
trwające po kilka godzin. Nikt nie broni mu
aby się w nie włączył ale on tylko leży i
obserwuje. Czasami zrywa się do biegu gdy mała
przechodzi obok niego, łapie ją za kark i
.... dostaje po głowie. Queene nie na darmo
ćwiczy ze mną zapasy żeby dać się pokonać
takiemu staruszkowi. Jest szybka, zwinna i
zadziorna. Zupełnie nie wiem co Elber sobie
wyobraża ale trafił na trudnego przeciwnika
a właściwie przeciwniczkę.
Luty
2004 c.d.
Jest
mi smutno!!! W naszym domu zamieszkał i
wprowadził ogrom zamieszania mały, rudy
Melin. Nigdy nie sądziłem, że obecność
innego kocura będzie tak przykra. Teraz
rozumiem co po moim przyjeździe przeżywał
Elber. Jego dwunożna zajmowała jakimś
obcym, nowym przybyszem nie skupiając
większej uwagi na nim samym. Teraz role się
odwróciły i ja na kilka dni przestałem
istnieć dla dwunożnej. Wprawdzie przemawiała
do mnie czule ale częściej słyszałem imię
Merlin niż którekolwiek inne. To było
straszne, myślałem, że już jej nie obchodzę,
tylko księciunio patrzył na to wszystko ze
spokojem. On to już przeżywał nie raz. Jak
ja nie lubię tego małego, rudego cwaniaka o
słodkim spojrzeniu, który niczego się nie
boi, wszędzie wejdzie i zastępuje mnie
nieproszony w zabawach z Queene. Królowa jest
oczywiście bardzo zadowolona z takiego obrotu
sytuacji. Tylu amatorów do wspólnej zabawy
jeszcze nie miała. Na szczęście dwunożna
odzyskała wzrok i znowu zajmuje się mną jak
dawniej.
Marzec
2004
Oczywiście
, zgodnie z moim doświadczeniem, po
pudrowaniu następuje wystawa. Tym razem
blisko domu, w Opolu. Dwunożna wspaniałomyślnie
postanowiła rozdzielić męki po równo.
Queene miała wystąpić w sobotę a ja w
niedzielę. Oczywiście jak zwykle dwunożna
zmieniła zdanie i Queen pojechała ze mną
także drugiego dnia . Nie była tym
zachwycona ale też nie protestowała. Na szczęście
w klatce były już przygotowane dwie budki
aby żadne z nas nie czuło się poszkodowane.
Możliwość schowania się przed
rozwrzeszczanymi ciekawskimi uspokoiła mnie
na tyle, że przy ocenie nie drżałem tak jak
zwykle. Cóż z tego, że zachowywałem się
wzorowo skoro dwunożna była tak zdenerwowana
decyzją sędziny, że nawet nie zwróciła na
mnie uwagi. Już myślałem, że paskudny
humor zdominuje atmosferę ale na szczęście
Queenka poprawiła ogólny nastrój. Dostała
jakiegoś CAC-a . Nie widziałem go co prawda
na oczy ale musiał być niezły ponieważ
wywołał prawdziwą radość dwunożnej.
Jestem bardzo ciekaw jak na te kocie spędy będzie
reagować Merlin vel Ruda Małpa. To jest
dopiero dzikus. Moje zabawy z Queene to
niewinne, łagodne igraszki w porównaniu z
wojną, którą toczy rudzielec. Ten
psychopata śpi, je albo zaciekle
walczy. Nie mam pojęcia dlaczego Elber
akceptuje go bez reszty i traktuje w
sposób na jaki ja nigdy nie mogłem liczyć.
Może dlatego, że Ruda Małpa nie wyżera mu
najlepszych kąsków. No cóż , ja trzymam się
od niego z daleka. Jest niebezpieczny jak
granat bez zawleczki w rękach szaleńca....Nie
ma co liczyć na to, że wydorośleje.
Kwiecień
2004
Queene
podróżniczka... To niesamowite co opowiada
ta wariatka po powrocie z wystawy. Żadna z
tych, w której byłem zmuszony uczestniczyć
nie przypominała tej, o której słyszę od
Queen. Podobno dwunożni zabrali Queene do
jakiegoś Arnhem w Holandii. Ta Holandia leży
gdzieś blisko mojego pierwszego domu dlatego
wierzę jej gdy mówi, że jechała całą noc
Ja jechałem cały dzień. Twierdzi, że koci
spęd był tak wielki jak jeszcze nigdy w jej
życiu a hala tak ogromna, że nie widziała
jej końca. Opowiadała jak bardzo bała się
tego tłumu dwunożnych i masy kotów wszędzie
wokół. Były też podobno przyjemne chwile
gdy wracała do domku na wodzie. Siedząc w
oknie widziała z bliska kaczki i płynące
....budowle. Nie wiem jak to rozumieć, nigdy
nie widziałem pływających domów ale
opowiada o tym z takim przekonaniem, że jej
wierzę. Podobno ilekroć przepłynął jakiś
dom jej pokojem przyjemnie bujało. To dziwne
ale zaczynam żałować, że mnie tam nie było...
 Hala
jest rzeczywiście
wielka.
Zaprzyjaźnieni dwunożni.
Maj
2004
Ten
miesiąc to prawdziwy koszmar. Zaczęło się od
wyjazdu wraz z Queenką w jakieś obrzydliwie
cuchnące miejsce. Zdecydowanie zwierzęce
zapachy mieszały się z wonią lekarstw. Początkowo
myślałem, że jesteśmy u Szamana ale wszystko
było zupełnie obce. Po bardzo długim
oczekiwaniu zostaliśmy wniesieni do jakiegoś
małego pomieszczenia gdzie już czekały na nas
dwie obce dwunożne.
Myślałem
że odpadną mi uszy a dźwięki rozsadzą
czaszkę gdy jedna z nich zaczęła zbyt głośno
wyrażać swój zachwyt... Poszedłem na
pierwszy ogień, nie miałem pojęcia co mi będą
robić a zaczęło się od sesji fotograficznej.
Zmęczony, wystraszony i skołtuniony nie byłem
wdzięcznym obiektem dla fotografa. Obca dwunożna
niczym jednak nie zrażona zachodziła mnie to z
prawej to z lewej strony próbując zdjąć moją
podobiznę. Chwila nieuwagi i już byłem pod
jakąś szafką z lekarstwami. Ułożony
ponownie na stole nie miałem więcej szans na
ucieczkę, byłem dobrze pilnowany. Bardzo miła,
spokojna i cicha dwunożna wygoliła moje piękne
futerko, posmarowała to miejsce jakąś śliską
mazią i rozpoczęła badanie. Na ekranie
pojawiały się kreski a ja zacząłem zasypiać,
było cicho, ciepło i miło. Nie trwało to
zbyt długo. Po mnie przyszła kolej na Queen.
Scenariusz został dość wiernie powtórzony,
to znaczy: sesja, golenie, smarowanie, badanie.
Potem było trochę gorzej, ponieważ moja dwunożna
uznała, że jeszcze za mało futra straciłem i
ogolono mnie w innym miejscu. To nie było
zabawne. Z obsmarowanym do granic możliwości
brzuchem, leżałem na plecach oglądając
sufit, skutecznie przyblokowany przez dwunożną.
W tym czasie na innym monitorze pojawiały się
moje wnętrzności. Nie było to co prawda
bolesne ale do domu wróciłem zgrzany, sklejony
i zniesmaczony całą sytuacją. Elber patrzył
na mnie z politowaniem...
Maj
2004 c.d.
Co
ja przeżyłem! Po badaniach wylądowałem w
wannie! Wrażenie było niezmiennie przykre.
Wyrywałem się, bezgłośnie miauczałem, oczy
wychodziły mi na wierzch a dwunożna jak zwykle
była niewzruszona. Paradoksalnie po tej
„ożywczej” i oczyszczającej kąpieli
wyglądałem fatalnie. Elber miał niezłą
zabawę obserwując moje zażenowanie, ale ten
się śmieje kto się śmieje ostatni. Kąpiel
nie ominęła także jego.
Maj
2004 c.d.
Ostatnio
Elber okazuje mi swoją niechęć a nawet wrogość.
Jego zachowania nasiliły się po powrocie Queen
i Merlina z wystawy. Ten okropny staruch czyha
na mnie na każdym kroku, próbuje mnie upolować
nawet w kuwecie. To jest nie do zniesienia!
Dwunożna dostaje furii kiedy widzi czającego
się księciunia ale on ma jej wrzaski za nic.
Jestem coraz bardziej zaniepokojony jego
zachowaniem i zaczynam się bronić. Elber jest
typem okrutnika-psychopaty, siedzi vis-a-vis i
wpatruje się we mnie do momentu kiedy nie
zareaguję po czym przypuszcza atak. Wyprowadza
mnie tym oczywiście z równowagi i kończy się
zazwyczaj małą wojną, w której ciągle
jeszcze przegrywam. Czasami udaje mi się uciec
ale jeśli nic się nie zmieni stracę wkrótce
futro.
Dwunożna
widząc poczynania Elbera stara się nas izolować.
Teraz ja przebywam najczęściej w miłym
towarzystwie Queene a on nudzi się z Merlinem.
Czerwiec
2004
Coś
dziwnego dzieje się wokół, Queene spaceruje z
wysoko uniesionym ogonem, roztacza jakąś ładną
woń, ociera się o mnie, głośno zachęca.
No właśnie, do czego ona mnie namawia? Dwunożna
chodzi za nami krok w krok, czujna i uważna.
Tylko Elber siedzi zamknięty z dala od nas.
Trochę protestuje ale nikt go nie słucha...Nie
bardzo wiem o co chodzi.
Czerwiec
2004 c.d.
Tak,
teraz jestem mądrzejszy, niestety nie w porę.
Elber dokonał dzieła. Queene prawdopodobnie będzie
mamą. Niestety bardzo się zmieniła.
Jest za spokojna, za cicha, nie chce się bawić
co doprowadza mnie do furii. Co się z nią stało?
Czy mam bawić się z tym oszołomem Merlinem,
który na każdym wirażu wpada w miskę z wodą
i zalewa pół mieszkania? Nawet kiedy chcę
zmusić ją do zabawy, ta odchodzi obrażona.
Księżniczka...
Czy
wszystkie przyszłe matki są takie nudne?
Lipiec
2004
Katastrofa!
Queene wygląda jak beczka. Gruba, powolna, do
granic rozsądku uważna, nie przejawia żadnej
formy aktywności poza sprintem do miski. Ilość
jedzenia, którą pochłania jest imponująca.
Grubas Elber w porównaniu z nią jest przykładem
ascety doskonałego. Królowa w biegu do kuchni
nie ma sobie równych, Merlin nie wytrzymuje
konkurencji, ja nawet nie zaczynam rywalizacji.
Queene siedząc nad talerzem pełnym jedzenia
przypomina lwicę zdolną do wszystkiego. To
obrzydliwe, że z mojej zgrabnej, zwinnej i
szybkiej towarzyszki zabaw i niewinnych walk
zmieniła się w dorodną kluchę... Mam nadzieję,
że ten stan nie będzie trwał wiecznie. Czasem
jeszcze podejmuję próby uaktywnienia jej potężnego
ciała ale moje wysiłki nie znajdują u niej
zrozumienia.
Sierpień
2004
Coś
się zaczyna dziać, w powietrzu aż gęsto. W
domu pojawiła się obca dwunożna, która ma
pomóc w przyjściu na świat elberowych dzieci.
Queene spokojnie znosi spojrzenia, które
śledzą każdy jej krok, przyklejona do podłogi
w najchłodniejszym jej punkcie również czeka.
Nie
ma mowy o zabawie, każde zbliżenie grozi
atakiem. Queenka choć ogólnie nieruchawa, bije
łapą z prędkością kuli karabinowej, o czym
niedawno przekonał się Merlin zajmując jej
miejsce w fotelu. Bardzo jestem ciekaw co z tego
wyniknie...
Sierpień
2004 c.d.
Już
są! Queene urodziła trzech chłopaków!
Jednego czarnego i dwóch rudych, oby nie byli
tak stuknięci jak Merlin. Nikt ich co prawda
nie widział, ponieważ dwunożna trzęsie się
nad nimi okrutnie, ale podobno są świetni. Na
razie przypominają chomiki, ciekawe jak wyglądałaby
zabawa z tymi maluchami... Najbardziej żal mi
Elbera. Ojciec, który nie może zobaczyć
swoich synów to smutny widok. Księciunio leży
pod drzwiami pokoju, w którym przebywają
dzieci i czeka na okazję, żeby się wśliznąć.
Przy ostrożności dwunożnej i jego grubym
brzuchu będzie to raczej trudne, ale jest
wytrwały. Nie tylko ja jestem ciekawy jak wyglądają
maluchy.
Wrzesień
2004
Widziałem
chłopaków!!! Dwunożna pozwoliła nam, tzn.
mnie i Merlinowi, wkroczyć na teren Queenki.
Mamusia nie była zachwycona naszym widokiem,
maluchy wręcz przeciwnie. Ruda Małpa rzucił
się do wylizywania dzieci, ja natomiast zająłem
strategiczną pozycję blisko drzwi. Elberowe
maluchy nie są co prawda groźne ale takie
jakieś za szybkie dla mnie. Kilka razy musiałem
salwować się ucieczką, ponieważ horda
rozbrykańców gnała na mnie z szybkością trąby
powietrznej. Bardzo bawiło to Merlina, który
całkiem dobrze radził sobie z panowaniem nad
czarno-rudym huraganem. Zresztą...Queen zupełnie
inaczej reaguje na Merlina, gdy ten jest blisko
dzieci. Ja najwyraźniej stanowię zagrożenie
bo królowa jest nad wyraz czujna i niespokojna.
Chyba ograniczę ilość wizyt i nie będę zbyt
dobrym wujkiem.
Październik
2004
Dąb,
Słoneczko i Mały Czarny Bez Śmietanki są już
bardzo duże. Prawdę powiedziawszy: za duże,
za szybkie, bardzo hałaśliwe i straszne z nich
szkodniki. Niestety przebywamy w tej samej części
mieszkania i towarzystwo smarkaczy męczy mnie
okrutnie. Queene patrzy na nich z
rozrzewnieniem, strach pojawia się w jej oczach
tylko gdy te uzbrojone igłami paszcze przypomną
sobie o jedzeniu. Wtedy to, iście po angielsku,
znika.
Listopad
2004
Co
za cudowny początek miesiąca!!! Dwunożna
zapakowała księciunia do klatki
i....pojechali. Byłem pewny, że Elber, jak za
dawnych dobrych czasów, męczy się na kocim spędzie,
a jednak się pomyliłem. Staruszek pojechał w
odwiedziny, na służbę czy jak kto woli został
skazany na wygnanie. Podobno z mojego powodu...?
Kilka dni mieszkał u starszego dwunożnego. To
były piękne chwile, niezmąconej strachem radości,
gdy cały teren mogłem obejść dumnym krokiem.
Zazwyczaj biegnę truchtem, rozglądając się
na boki czy bandyta Elber nie czyha gdzieś w
pobliżu. Niestety, jak to zwykle bywa, nic nie
trwa wiecznie... Księciunio powrócił z wojaży.
Listopad
2004 c.d.
Przez
chwilę całe moje krótkie życie stanęło mi
przed oczyma. Chciałem rozpocząć dzień od
spokojnego spaceru do kuchni. Zapomniałem
niestety, że okrutnik już wrócił i przebywa
na swoim terytorium. Te kilka dni wolności tak
przewróciły mi w głowie, że zupełnie
zapomniałem o ostrożności. Biegnąc swobodnie
przed siebie słyszałem co prawda płaczliwe jęki
dwunożnej ale nie próbowałem ich
zrozumieć. I to był błąd... U celu mej podróży,
a właściwie u jej progu spał Elber. Nie wiem,
co by się stało, gdyby dwunożna nie uniosła
mnie do góry. Siedząc u niej na rękach ze
zgrozą obserwowałem przebudzenie, szybką ocenę
sytuacji i niezwykły atak, zdawało by się,
opasłego starego Elbera. Nieprawdopodobnie
szybko i wysoko poderwał swoje cielsko i wylądował
na plecach dwunożnej. Myślałem, że po upadku
na podłogę będziemy go zbierać.. nic
bardziej mylnego. Następna próba prawie się
powiodła. Gdy dwunożna po pięknym uniku zaczęła
uciekać, wrzeszcząc wniebogłosy, myślałem,
że koniec już bliski. Księciunio w przypływie
sił witalnych lub raczej złości zmieszanej z
zajadłością, ścigał nas niestrudzenie. Do
tej pory nie wiem jak to się stało, że dwunożna
wykonując ze mną na rękach taką ilość
nieskoordynowanych obrotów, nie pozbawiła mnie
uszu...W taki oto sposób Elber skutecznie wybił
mi z głowy spacery po mieszkaniu.
Listopad
2004 c.d.
Nawet
się nie spodziewałem jaką przykrością będzie
dla mnie wyjazd maluchów. Gdy przypomnę sobie
co sam czułem i co przeżyłem, jest mi ich
niezmiernie żal. Jesienni Chłopcy, jak nazywa
ich nieznana dwunożna, mają więcej szczęścia.
Wyjeżdżając razem, znacznie lepiej zniosą
rozłąkę z Queen. Pum (ładnie go nazwali)
pojechał sam, z obcymi dwunożnymi.
Jest
mi bardzo smutno...
Grudzień
2004
Co
chwilę napływają informacje o maluchach. Mały
Czarny już wychowuje swoich dwunożnych: to nie
trafi do piasku z ciężkim kalibrem, to miska z
wodą stoi nie w tym miejscu. Od razu wiedziałem,
że Pum nie odda tak łatwo skóry. Mam
nadzieję, że wkrótce przestanie terroryzować
tych biednych dwunożnych i da się w końcu
polubić bez reszty i bez zastrzeżeń. Jesienni
Chłopcy nie wychowują swojej dwunożnej, to
oni są wychowywani. Mam nadzieję, że się
nie poddadzą, w jedności siła ... choć tak
naprawdę nie mają szans.

Grudzień
2004
Dwunożna
jest czujna jak owczarek, za to Queene jest wyjątkowo
atrakcyjna. Zupełnie nie przeszkadzają jej
moje zaczepki. Gdy miłośnie gryzę ją w kark,
mruczy cudownie. Do tej pory kopała mnie bez
pardonu i uciekała jak najdalej. Niestety, każde
moje zbliżenie do Królowej kończy się tak
samo. Znikąd pojawia się dwunożna i
delikatnie wyprasza mnie z pokoju.
Grudzień
c.d.
Byłem
chyba zbyt nachalny, ponieważ Queenka
została zamknięta w pokoju małej dwunożnej.
Grudzień
c.d.
Coś
się wydarzyło. Nie jestem pewien, ale to chyba
nic dobrego. O ile się orientuję, Queene wybrała
się na krótka randkę z Elberem. Dwunożna
wpadła w furię, natychmiast zamknęła
uciekinierkę, potem dobry kwadrans rugała Księciunia
a na końcu skupiła swoją złość na małej
dwunożnej, to ona bowiem przez przypadek wypuściła
Królową.
Styczeń
2005
Dwunożna
jak chmura przemieszcza się po domu. Przy każdym
spojrzeniu na Queenkę lub Elbera kręci z
niedowierzaniem głową. Sam nie mogę uwierzyć,
że stary Elber był tak skuteczny choć miał
tak niewiele czasu. Nie ukrywam, że jestem
zawiedziony....
Luty
2005
Już
po.... Na początku, tuż po przyjeździe
zaprzyjaźnionej dwunożnej, byłem pewny, że
rozwiązanie już blisko. Jak się okazało
to „blisko” trwało prawie tydzień.
Tak jak poprzednim razem Queene zwlekała,
marudziła i zwodziła obie dwunożne. Czasami
nawet udawała, że nie jest w ciąży. Goniła
wtedy Merlina , wskakiwała na stół lub tarzała
się jak młódka po podłodze. Gdyby nie jej
ogromny brzuch może ktoś by w to uwierzył....
11
lutego , po długim porodzie przyszło na świat
siedmioro elberowych dzieci. Aż strach pomyśleć
co się będzie działo gdy te maluchy zaczną
brykać po domu. Poprzednia trójka tak dała mi
do wiwatu, że pozostaje mi tylko
przeprowadzka....Ciekawy jestem jak Queenka
poradzi sobie z wykarmieniem siódemki brzdąców,
z których każdy jest przynajmniej tak głodny
jak reszta rodzeństwa. Nie widujemy
niestety naszej Królowej, ponieważ dwunożna
uznała, że Queen powinna mieć bezwzględny
spokój...
Sierpień 2006
Nie
pisałem od ponad roku. Nie było okazji a i
chęci zabrakło. Przez ten czas bardzo wiele
się zdarzyło w życiu dwunożnych oraz naszym.
Wszystko to jest już historią…..

Od kilku tygodni mieszkamy na wsi. Uliczny
zgiełk, sunące pojazdy, panorama miasta i
przelatujące za oknem ptaki są tylko
wspomnieniem.
Przeprowadzka nie należała do przyjemnych.
Pustoszejące mieszkanie, hałas, wynoszone
meble i ogólne zamieszanie wprowadzały
nerwową atmosferę. Czekałem jak to się
skończy, nikt z nas bowiem nie znał
zamiarów dwunożnych, nikt z nas nie wiedział
dlaczego spokojne życie przewrócone zostało
do góry nogami.
W nocy, zapakowani w transportery,
jechaliśmy nie wiadomo dokąd. Wiedziałem
tylko, że nie będzie to koci spęd.
Podróż nie trwała długo. Zatrzymaliśmy się
przed ciemną bryłą budynku po czym w
głuchej, nocnej ciszy zaczęło się
wypakowywanie. Znaleźliśmy się w obcym
miejscu, wszyscy razem. To był nasz nowy
dom. Po wyjściu z transporterów każdy
czmychnął w inną stronę szukając
schronienia, tylko Królowa zajęła miejsce na
parapecie i patrzyła na nas z politowaniem.
Nawet
odważna Paliora przemykała z jednego łóżka
pod drugie udając, że ma pięć centymetrów
wzrostu.

Najgorszy był świt. Wszystkie dźwięki były
kilkakrotnie głośniejsze niż te, które dotąd
znaliśmy. Tłem nie był już miejski szum ale
wiejska, głęboka cisza. Wydawało się, że
ptaki wydzierają się tuż przy moim uchu a
ryczący potwór wjeżdża wprost do domu.
Trochę czasu upłynęło zanim wszystkie te
dźwięki stały się znajome i bezpieczne.
Jestem szczęśliwy i smutny zarazem. Choć
zabrzmi to dziwnie, bardzo żałuję, że nie ma
z nami Księciunia Elbera.
29 sierpnia 2006
Ta opowieść także dobiegła końca. Wszystko
ma swój kres, który czasem jest początkiem
nowego. Horus rozpoczął nową wędrówkę….
Wiem, że kiedyś jeszcze się spotkamy.
Holusiu, zawsze cię rozpoznam. Czekam na
ciebie….

|