Styczeń
2005
Hm,
dwunożna ma huśtawkę nastrojów. Od głębokiej
wiary w to, że byłem nieskuteczny po
absolutne przekonanie, że sprawa skończy się
porodem. Doprawdy nie rozumiem dlaczego dwunożna
tak upiera się przy pierwszej wersji...
Wszyscy widzą, że Queene dużo więcej
je, i zmieniło się jej zachowanie tylko
dwunożna chce pozostać ślepa.
Styczeń
c.d.
Nooo,
teraz nikt już nie wątpi, że ponownie będę
ojcem. Dwunożna chodzi struta, jej skrzywiona
twarz wyraża totalną dezaprobatę. Wiem
oczywiście, że chodzi o hrabiego. Plan był
zupełnie inny. To Horus miał zostać ojcem,
a tu - -niespodzianka. Królowa wybrała mnie
!! Czy kogoś dręczą jeszcze wątpliwości?
Queene
jest bardzo gruba, przypuszczam, że nie skończy
się na trójce maluchów tak jak
poprzednio... Na szczęście nie jest tak gorąco
i moja ukochana jest całkiem aktywna. W
niczym nie przypomina nieruchawego worka z
lata. Niestety ile razy chcę się przytulić
odpycha mnie zdecydowanie dając do
zrozumienia, że pora jest nieodpowiednia.
Czasami, siedząc w odosobnieniu, słyszę jak
biega z Horusem i Merlinem, jak bawi się piłką
albo wyleguje pod drzwiami mojego pokoju.
Luty
2005
Oho,
niechybnie zbliża się termin rozwiązania.
Tak jak poprzednim razem, dwunożna ściągnęła
posiłki. Z Krakowa przyjechała zaprzyjaźniona,
spokojna i pogodna istota, która uprzednio
pomagała przyjść na świat moim dzieciom.
Jakie to szczęście, że Queenka nie
pozostanie sam na sam z moją dwunożną. Nie
wiadomo czym mogłoby się to skończyć...
Luty
c.d.
Coś
się zaczyna dziać. Obie dwunożne kręcą się
po mieszkaniu, oglądają Queene, nawet Horus
i Merlin zostali wyekspediowani do innego
pokoju. Królowa irytuje się przy każdej próbie
zajrzenia pod ogon, natychmiast przysiada z
miną zdziwioną i urażoną takim brakiem
delikatności i dobrego wychowania.
11
Lutego 2005
Zaczęło
się od rana. Po kolejnej nieprzespanej nocy
obie dwunożne bacznie obserwowały Queenkę.
Ta – polegując to tu to tam kręciła
się okrutnie nie wiedząc co ze sobą począć.
Około południa zaczęły się skurcze.
Godzinę później Queene zaczęła rodzić !!
W ciągu pięciu godzin urodziła sześć
maluchów !!!! Coś jednak było nie tak. Na
pomoc przyjechała jeszcze jedna zaprzyjaźniona
dwunożna. Po wstrzyknięciu jakiegoś świństwa,
moja najdroższa z wielkim bólem i głośnym
krzykiem urodziła ostatnie dziecko. Maluch był
siny ale bardzo chciał żyć. Wszystkie rzuciły
się do ratowania mu życia. Na zmianę miotały
nim w górę i w dół, wkładały mu do
pyszczka i do noska jakieś przyrządy,
wysysając z niego ostatnie soki. Maluch próbował
oddychać ale dusił się za każdym razem, za
każdym razem więc, powtarzały rytuał. Zza
drzwi słychać było tylko: „synek, no
proszę cię, oddychaj”, „ synek,
jeszcze troszkę”, „synek (przekleństwo),
weź się do roboty , bo jak nie....”
– to oczywiście moja niezrównoważona
dwunożna., „malutki, błagam cię
oddychaj”, i tak dalej. Straciłem już
nadzieję, że maluch przetrwa tę akcję
reanimacyjną, która trwała, bez mała
godzinę. I w końcu, udało się !!!!
Teraz
czekam z niecierpliwością, czy po takiej
walce nie przyplącze się jakaś choroba, czy
uda mu się przeżyć. Tak bardzo chciałbym,
żeby wszystko dobrze się skończyło.
Niestety, to dopiero początek i nigdy nie
wiadomo jak wszystko się potoczy. Będę
czekał tak jak czekają wszystkie trzy dwunożne...
|